niedziela, 27 lipca 2014

Miejski Camping part 3/3

Osiedlowa plaża

Ogniska z rana nie rozpalaliśmy - mokrość dookoła. Pakowanie manatków, posiłek i powrót w miejsce, gdzie zamierzaliśmy zregenerować siły. Kilka kilometrów kuśtykania i przeklinania słonecznej pogody i byliśmy na miejscu. Mini - plaża przy osiedlu mieszkaniowym.
Tam, bez namysłu rozbiliśmy mój pół-namiot. Przyatakowaliśmy market, zaopatrując się w kurczaka i folię aluminiową, z myślą o obiedzie. Ja nawiedziłem azjatycką restaurację, gdzie podładować netbooka azjata się zgodził, a chcąc wziąć przekąskę na wynos, uświadomiłem sobie, że zostawiłem kartę do bankomatu w hostelu (ok. 25km).


W międzyczasie otrzymałem telefon od pracodawcy z informacją, że w poniedziałek o 7:30 startuję (w miejscu niedaleko obecnego pobytu). Szlag jasny trafił, ale nie było wyjścia - nocleg i powrót do hostelu.

Pokąpaliśmy się, towarzysz Jason spiekł się wściekle na słońcu, dostał telepawek i zapadł w śpiączkę.

Gdy ludzi na plaży ubyło, przygotowałem palenisko. Kurczaka w folię władowałem, a później w rozgrzany popiół, przykrywając wszystko warstwą kory. Dymiło się równo. Usłyszałem kilka uwag od właścicieli psów i niedługo po tym było po ognisku - jako że kurczak był gotowy.

Spalony (słońcem) towarzysz oprzytomniał i po posiłku, padł z powrotem, ale już w swoim namiocie. Ja trochę później.


Nieprzyjaciele

W nocy grupa przedstawicieli lokalnej młodzieży przez dobry kwadrans nie dawała nam spać. Zachowywała się bardzo głośno. Krzyczeli coś do nas. W swoim ojczystym języku... że do nas, zorientowałem się najpierw słysząc powtarzające się tent... cośtam , a później po jakichś przedmiotach trafiających w namiot.
Na tym się jednak skończyło.


Niedzielne 25km

Pobudka, dojedzenie resztek pożywienia, dopicie wody do ostatniej kropli, pakowanie i wymarsz. W milczeniu. Morale opadły, a myśl o pokonaniu dwudniowego dystansu w rozpadających się budach, bólem stóp i barków w jeden dzień rozbrajała dokładnie.

Szukaliśmy McDonald's-a ale okazało się, że Mc daleko, daleko... więc nawiedziłem kawiarnię (akurat otwierali). Zanim skończyłem pytać o możliwość podładowania netbooka i skorzystania z wifi, szefu udzielił mi pozytywnej odpowiedzi. Dopiero gdy siadłem przy stoliku, dołączył towarzysz Jason. Za ostatnie pieniądze kupiliśmy po kawie. Później dalsza droga.

Ok 18:00 byliśmy na moście. Zgrzyt zębów - dziury w trampkach takie, że pięść by przeszła. Pęcherze wielkości piłki ping-pongowej, barki od pasków poprzecierane że aż strach. Z zaciśniętymi zębami w nerwowej atmosferze dotarliśmy do hostelu.

Opisałem sytuację recepcjonistce (jakaś nowa), powiedziałem, że karta jest w hostelu, w biurze szefa; że chcemy przenocować i zapłacić jutro, po odzyskaniu karty. Dziewczyna podzwoniła, ale nikt jej tej informacji nie potwierdził. Szef nie odbierał, więc nagrała się na automat. Pozostawało czekać.
Dopiero po zaproponowaniu kontaktu z żonglującą recepcjonistką, otrzymaliśmy zgodę (jako, że z tamtą mieliśmy okazję się lepiej zapoznać).

Jest 2:00, za 4 godziny wybywam do pracy.