Przewędrowałem
kilka kilometrów aby spędzić pierwszą noc na plaży. Dokładniej, na plażowej ławce. Piękna gwieździsta
noc, księżyc w pełni, szum morza i rozświetlony (w oddali) port w Hoek van
Holland. Niewygodą stał się chłód, a ubranie się we wszystko co
miałem, nie do końca pomogło.
O
8:30 opuściłem plażę. Ruszyłem na zachód. Śniadanie zjadłem
jeszcze w Monster-owej ciastkarnio-piekarni. Fartownie wykryta
została niezabezpieczona sieć o silnym sygnale, toteż
skorzystałem. Google maps... .
Zrobiło
się gorąco, a że wciąż byłem w odzieży noclegowej (tj. 3 pary
spodni + 3 bluzy) się rozebrałem. Ściąganie spodni wzbudziło
chwilowe zainteresowanie przechodniów, które uszło, gdy
zrezygnowałem ze ściągania ostatniej pary.
Wszedłem
do kolejnego sklepu z różnymi duperelami i zapytałem o namiot.
Były tylko plażowe pół-namioty, spełniające funkcję wiatrochronu w zasadzie... ale, że tanie, że ciepło i że nie ma innej opcji,
zaopatrzyłem się weń.
Później
droga do i przez Gravezande. Po drodze, żeby nieco zmniejszyć wagę
plecaka, pozbyłem się zbędnych ubrań i innych rzeczy. Ok 15:00
dotarłem do De Hoek van Holland, miasteczko ze słynnym portem.
Przeszedłem się po nim – robi wrażenie. Na jego końcu, był też
koniec oznakowanych dróg i kilka ścieżek prowadzących w las –
ale właśnie w kierunku, gdzie były plaże Morza Północnego. Po
16:00 byłem na miejscu.
Ucieszył
mnie fakt, że w tej części nie ma żadnych zasiek, zagradzających
wejście na wydmy (wczoraj, żeby załatwić
potrzebę fizjologiczną musiałem się pod nimi czołgać...). Rozejrzałem się po okolicy i znalazłem miejsce do rozbicia mojego
pół-namiotu. Później poszedłem po chrust i drewno na ognisko -
po telepawkach z zimna wczorajszej nocy, dzisiaj bez ognia się nie
obędzie.

