poniedziałek, 14 lipca 2014

Początek

Przewędrowałem kilka kilometrów aby spędzić pierwszą noc na plaży. Dokładniej, na plażowej ławce. Piękna gwieździsta noc, księżyc w pełni, szum morza i rozświetlony (w oddali) port w Hoek van Holland. Niewygodą stał się chłód, a ubranie się we wszystko co miałem, nie do końca pomogło.



O 8:30 opuściłem plażę. Ruszyłem na zachód. Śniadanie zjadłem jeszcze w Monster-owej ciastkarnio-piekarni. Fartownie wykryta została niezabezpieczona sieć o silnym sygnale, toteż skorzystałem. Google maps... .



Przechodząc przez centrum tej niewielkiej miejscowości, zaszedłem do sklepu z nadzieją zakupu namiotu. Ekspedientką okazała się sędziwa staruszka, która albo nie mówiła po angielsku, albo wcale, albo miała problemy ze słuchem, bo po moim zapytaniu, chwyciła mnie za rękę i poprowadziła do biurka. Wyciągnęła kartkę papieru i długopis. Napisałem namiot po angielsku, a ona na to głową kręci, zabiera mi długopis i sama coś rysować zaczyna. No to narysowałem namiot, na co staruszka uśmiechnęła się i przekreśliła go wskazując rękoma na asortyment. Podziękowawszy, opuściłem sklep.


Młyn w Monster. Zaraz obok sprzedają surowe kiełbasy z psa chyba...
Zrobiło się gorąco, a że wciąż byłem w odzieży noclegowej (tj. 3 pary spodni + 3 bluzy) się rozebrałem. Ściąganie spodni wzbudziło chwilowe zainteresowanie przechodniów, które uszło, gdy zrezygnowałem ze ściągania ostatniej pary.

Wszedłem do kolejnego sklepu z różnymi duperelami i zapytałem o namiot. Były tylko plażowe pół-namioty, spełniające funkcję wiatrochronu w zasadzie... ale, że tanie, że ciepło i że nie ma innej opcji, zaopatrzyłem się weń.

Później droga do i przez Gravezande. Po drodze, żeby nieco zmniejszyć wagę plecaka, pozbyłem się zbędnych ubrań i innych rzeczy. Ok 15:00 dotarłem do De Hoek van Holland, miasteczko ze słynnym portem. Przeszedłem się po nim – robi wrażenie. Na jego końcu, był też koniec oznakowanych dróg i kilka ścieżek prowadzących w las – ale właśnie w kierunku, gdzie były plaże Morza Północnego. Po 16:00 byłem na miejscu.


Ucieszył mnie fakt, że w tej części nie ma żadnych zasiek, zagradzających wejście na wydmy (wczoraj, żeby załatwić potrzebę fizjologiczną musiałem się pod nimi czołgać...). Rozejrzałem się po okolicy i znalazłem miejsce do rozbicia mojego pół-namiotu. Później poszedłem po chrust i drewno na ognisko - po telepawkach z zimna wczorajszej nocy, dzisiaj bez ognia się nie obędzie.