Noc
była zimniejsza od poprzedniej: 3 koszulki, sweter, dwie bluzy –
na torsie, krótkie spodenki, jeansy i bojówki – na dole. Efekt
końcowy – zerowy; stelepało od zimna jak trzeba... w dodatku
spadł deszcz. Mój super pół-namiot, oczywiście na takie
okoliczności przygotowany nie jest, co na niego spadło to
przepuścił.
Pochmurny
poranek, mżonka, chłód, żywego ducha na plaży i szum fal... -
przygnębiający widok.
Wyruszyłem, nie czekając aż przemoknę do suchej nitki. Za cel obrałem obóz kempingowy, oddalony o godzinę (z kawałkiem) drogi. Na miejscu, okazało się, że nie ma bata, coby przenocować, lub nawet przeczekać deszcz - bo nie było wolnych miejsc. Darmowy nocleg w namiocie też odpadł. Wróciłem do Hoek van Holland.
Żywność się skończyła. Obrania i pół-namiot mokre, ale słońce zaczęło się niepewnie wyłaniać spoza chmur. Suszenie.
Później zorganizowałem sobie kawałek tektury, kilka ilustracji przedstawiających obecną sytuację. Z domieszką fantazji - ilustracji przedstawiającej potwora, który pożera mi namiot. Tak się złożyło, że na ławkach obok, zbierały się dzieciaki z jakiejś szkolnej wyprawy... po chwili rysowałem im potwory na rękach. Ciężko się było od nich odpędzić - a w zasadzie to nie dało się tego zrobić. Kilkakrotnie strąciły mi okulary, a w miarę bazgrania im po rękach, rąk przybywało. Wezwałem zatem opiekunkę grupy okrzkiem: I need some help over here!! I skończył się dzień dziecka.
Siądnięcie z porysowaną tekturą było mi trochę w niesmak. Postanowiłem więc spróbować pozyskać jakieś pożywienie zwyczajnie o nie pytając w plażowych restauracjach. Słabo wyszło - posiłku nie dostałem, ale zapasy wody i herbatników tak.
Wróciłem do pół-namiotu... ale go nie było. Przynajmniej nie tam, gdzie być powinien. Jakaś grupa - znowu szkolna - przywłaszczyła go sobie i przeniosła kilkadziesiąt metrów dalej, czyniąc z mojego schronienia, magazyn na swoje plecaki. Został odzyskany i wrócił na miejsce.
A w brzuchu burczało.
Jeszcze raz udałem się z "obozu" w centrum plaży. Siedząc i paląc papierosa, nasłuchiwałem czy aby gdzieś polszczyzny nie słychać. W końcu usłyszałem rozmowę dwóch Polek, ale gdy już miałem wstać i zapytać o sponsoring zaczęły mówić o swoich problemach finansowych. Jedna na busa ma prawie, a druga nawet tego nie. God damn it!
Chwilę później zobaczyłem radosną, sympatyczną dziewczynę w towarzystwie towarzysza. Usiedli zaraz za mną. "Albo coś dzisiaj zjesz, ale nie zjesz...". Odwróciłem się i zapytałem o hamburgera. I zjadłem... . Pogadaliśmy chwilę, dobroczyńca zostawił mi jeszcze kilka drobnych, a dziewczyna (MARTA) zaprosiła na obiad (jutro).
Z zapasem wody i żołądkiem "wypełnionym" hamburgerem, wróciłem do swojego pół-namiotu... a tu sąsiedzi się rozbijają 5 metrów obok. Chłopak i dwie dziewczyny. Natężałem słuch coby narodowość poznać, ale bez skutku. Skręciłem sobie papierosa i usiadłem na wydmie, skąd podziwiałem zachód słońca i jedną z dziewczyn. W końcu jedna podeszła niepewnie. Powitałem ją Hello-łem. Mówiła po czesku i rosyjsku. Zapoznałem się z nimi (Igor, Maria i nie pamiętam). Dowiedziałem, się że zamierzają spędzić tutaj noc, a ja zaprosiłem ich do ogniska, które dopiero miałem rozpalić.
Zapadał zmierzch. Czas na zebranie DUUUŻEJ ilości drewna - miałem dość telepania się z zimna. Poszedłem do pobliskiego lasu i ogarnąłem kilka solidnych gałęzi. Ognisko rozpaliłem o 00:00, sąsiedzi już spali. I znowu zabrakło drewna - tym razem ok 4 nad ranem. Do rana rozpalałem resztki, przysypiając po 20-30 min - do chwili telepawek. l
Nad ranem, 16 lipca...
![]() |
| Port w Hoek van Holland. (For. z internetu, jako, że aparatu na razie brak) |
Żywność się skończyła. Obrania i pół-namiot mokre, ale słońce zaczęło się niepewnie wyłaniać spoza chmur. Suszenie.
Później zorganizowałem sobie kawałek tektury, kilka ilustracji przedstawiających obecną sytuację. Z domieszką fantazji - ilustracji przedstawiającej potwora, który pożera mi namiot. Tak się złożyło, że na ławkach obok, zbierały się dzieciaki z jakiejś szkolnej wyprawy... po chwili rysowałem im potwory na rękach. Ciężko się było od nich odpędzić - a w zasadzie to nie dało się tego zrobić. Kilkakrotnie strąciły mi okulary, a w miarę bazgrania im po rękach, rąk przybywało. Wezwałem zatem opiekunkę grupy okrzkiem: I need some help over here!! I skończył się dzień dziecka.
Siądnięcie z porysowaną tekturą było mi trochę w niesmak. Postanowiłem więc spróbować pozyskać jakieś pożywienie zwyczajnie o nie pytając w plażowych restauracjach. Słabo wyszło - posiłku nie dostałem, ale zapasy wody i herbatników tak.
Wróciłem do pół-namiotu... ale go nie było. Przynajmniej nie tam, gdzie być powinien. Jakaś grupa - znowu szkolna - przywłaszczyła go sobie i przeniosła kilkadziesiąt metrów dalej, czyniąc z mojego schronienia, magazyn na swoje plecaki. Został odzyskany i wrócił na miejsce.
A w brzuchu burczało.
Jeszcze raz udałem się z "obozu" w centrum plaży. Siedząc i paląc papierosa, nasłuchiwałem czy aby gdzieś polszczyzny nie słychać. W końcu usłyszałem rozmowę dwóch Polek, ale gdy już miałem wstać i zapytać o sponsoring zaczęły mówić o swoich problemach finansowych. Jedna na busa ma prawie, a druga nawet tego nie. God damn it!
Chwilę później zobaczyłem radosną, sympatyczną dziewczynę w towarzystwie towarzysza. Usiedli zaraz za mną. "Albo coś dzisiaj zjesz, ale nie zjesz...". Odwróciłem się i zapytałem o hamburgera. I zjadłem... . Pogadaliśmy chwilę, dobroczyńca zostawił mi jeszcze kilka drobnych, a dziewczyna (MARTA) zaprosiła na obiad (jutro).
Z zapasem wody i żołądkiem "wypełnionym" hamburgerem, wróciłem do swojego pół-namiotu... a tu sąsiedzi się rozbijają 5 metrów obok. Chłopak i dwie dziewczyny. Natężałem słuch coby narodowość poznać, ale bez skutku. Skręciłem sobie papierosa i usiadłem na wydmie, skąd podziwiałem zachód słońca i jedną z dziewczyn. W końcu jedna podeszła niepewnie. Powitałem ją Hello-łem. Mówiła po czesku i rosyjsku. Zapoznałem się z nimi (Igor, Maria i nie pamiętam). Dowiedziałem, się że zamierzają spędzić tutaj noc, a ja zaprosiłem ich do ogniska, które dopiero miałem rozpalić.
Zapadał zmierzch. Czas na zebranie DUUUŻEJ ilości drewna - miałem dość telepania się z zimna. Poszedłem do pobliskiego lasu i ogarnąłem kilka solidnych gałęzi. Ognisko rozpaliłem o 00:00, sąsiedzi już spali. I znowu zabrakło drewna - tym razem ok 4 nad ranem. Do rana rozpalałem resztki, przysypiając po 20-30 min - do chwili telepawek. l
Nad ranem, 16 lipca...
