wtorek, 5 sierpnia 2014

7 days...

Poniedziałek 28 lipca

Kury pjejo.

Po 3 godzinach drzemki stałem na nogach i temu staniu pewności chcąc nadać kawą się opijałem. Znajomi Serbowie, których zabrałem ze sobą do agencji pracy, a którzy dzisiaj mieli zacząć ze mną nie pojawili się w umówionym miejscu, o wyznaczonym czasie - przynajmniej wedle mojej wiedzy. Nie było opcji abym dotarł do miejsca pracy z laczka- 25km.

Poinformowałem agencję, że niefart. Pani Ania uspokoiła mnie informacją, że jeszcze dzisiaj lub... na dniach skontaktuje się ze mną.

Dzięki supportowi ze strony kumpla Lupusa, udało się uregulować rachunek za nocleg, ale dopiero porą popołudniową, co wprowadziło nieco nerwowej atmosfery pośród personelu.


Ratowniczka po raz drugi...

W chwili gdy byłem gotowy do wyruszenia zadzwoniła Marta. Okazało się, że wróciła już z urlopu i jest w Rotterdamie. Spotkaliśmy się. Spacer nad wodę, przy moście Erasmus. Marta nie omieszkała przynieść ze sobą posiłku (smaczność!). Pogadaliśmy przy piwie i nagle zrobiła się 1:00. Pożegnanie na moście i w swoje strony. Ona w mieszkanie, ja w miasto.

Wtorek 29 lipca


Noc spędziłem na zwiedzaniu Rotterdamu. Niestety nie natrafiłem na porzucony rower... .
O poranku wróciłem do hostelu. Prysznic i drzemka, a o 15:00 opuściłem Mafkeesa.

NightWalk

Zapadał zmrok. Spanie w nocy przestało mnie bawić, ze względu na tragiczny ekwipunek, przeznaczony do spełniania zupełnie innej funkcji. Plażowy wiatrochron za namiot robić nie umi.

Obrałem kierunek i ruszyłem. Celem był Moerdijk (36km) - jako, że pierwsza część wędrówki zakłada podróż przez miasta i miasteczka, leżące na szlaku 1-wszej Dywizji Pancernej gen. Maczka (tyle, że na wspak).


Musiałem dostać się na autostradę A16. Dało się. Po kilku kilometrach, podążając już wzdłuż A16-stki, spotkałem rowerzystę. Poinstruował mnie, jak najłatwiej dostać się do Moerdijku . Miałem najpierw natrafić na McDonald's-a, a później na McDonald's-a i stację benzynową, skąd stopem do miasta Dordrecht a z niego do celu.

Środa 30 lipca

Z ręcznych zapisków.

  • Aktualizacja godz. 1:30
    Po przejściu przez most byłem na pętli autostrady A16. Odbiłem na zachód. Trochę wspinaczki po wiaduktach itp., i znalazłem się na prostej, prowadzącej wprost do Mc Donald's-a i dalej do miejscowości XXX.  Mc Drive to był i w momencie gdy dzieliło mnie od okienka 50 metrów, to zamknięte zostało na dobre. Z szybą nie pogadasz, wody nie uzupełnisz. Na szczęście, za budynkiem przesiadywali ochroniarze. O wejściu do środka w celu uzupełnienia zapasu wody nie było mowy, ale jeden z ochroniarzy jej zapas miał w samochodzie. Podziękowawszy za butelkę wody ruszyłem.
    Odpoczywam na przystanku tramwajowym Norderheling. Jest tu duży parking i droga wyjazdowa na A16. Stoi kilka TIRów, jeden przed chwilą odjechał. Idę na rozpoznanie, może da radę się z kimś zabrać w dalszą drogę.
  • Aktualizacja godz. 3:30Spośród 6 TIRów, tylko jeden ruszał dzisiejszej nocy w dalszą drogę - ale do Rotterdamu. Łapanie stopa w nocy to oczywiście -90% szansy, ale 30 minut byłem w stanie na to poświęcić. Prawie po połowie godziny, minął mnie samochód, zwolnił i zatrzymał się na poboczu jakieś 100m dalej. Ruszyłem w jego kierunku, ale będąc w połowie drogi, skubaniec odjechał z piskiem opon... .... (?).

    Rozbijam mój pół-namiot przy niedużym tunelu. Jestem zmęczony i głodny, ale mam tytoń i wodę. Jest chłodno, wilgotno i zapowiada się na deszcz.
  • Aktualizacja godz. 14:30Nie dało się spać. Za zimno. Ok. 5:00 zebrałem manatki i ruszyłem dalej. Po 6:00 natrafiłem na sztucznie usypane wzgórze/wał, ciągnące się wzdłuż autostrady. Wlazłem na nie i położyłem się na wschodnim zboczu oczekując na nieco ciepłości. Zasnąłem. Po 12 back on track. Jeden trampek nie posiada już części podeszwy, ciuchy cuchną, grosza niet, butelkę wody uzupełniłem w warsztacie mechanika, zbaczając z głównej drogi do jakiejś niewielkiej miejscowości. Pęcherze na stopach sprawiają, że maszeruję prawie w miejscu. Do Dordrecht 9km. Papieros, drzemka i wio.
Wedle informacji otrzymanych od rowerzysty, przed Dordrecht miała być stacja benzynowa i McDonald's. Najpierw pojawiła się stacja. Przeskoczyłem przez barierkę i truchtem przez autostradę - jak w grze Frogger prawie, ale innej drogi nie było (w rozsądnej odległości). Na stacji, po sześciu próbach nie udało się złapać stopa. W McDonald's-ie woda i netbook. Na parkingu TIRy. Kilka polskich. Ani Polacy, ani obcokrajowcy nie jechali - albo w tym kierunku, albo dzisiaj, albo wieźli materiały nie pozwalające na zabranie ze sobą pasażera (bez specjalnego szkolenia).

Frogger

Ukasz, Ukasz, nie uszukasz...

Pogadałem z z kierowcą TIRa, Łukaszem (pozdrowienia!). Był w trasie od wielu dni. Rano był w Anglii, teraz na parkingu niedaleko Dordrecht. Wsiadłem do środka - kokpit prawie. Herbata, kanapki, papierosy i pogawędka. Poznałem pobieżnie uroki bycia kierowcą TIRa. Życzliwy gość. Mógłbym się z nim zabrać, ale dopiero z rana. Po jakichś dwóch godzinach, ruszyłem dalej.

Zwodzony most i żonaty Marokańczyk

Późnym popołudniem byłem na obrzeżach Dordrecht. Malownicza, mała, spokojna miejscowość. Znalezienie śmiecia na ulicy graniczy tu z cudem. Projektant terenów zielonych i szefowie od gospodarowania terenem to potężne Yeti. W Sim City tak osiedla nie zorganizujesz (o wszystkich miejscach, w których byłem mógłbym to samo powiedzieć - tu widać i czuć zmaterializowane idee rozsądnych głów).

Wracając do mostu i żony.

Człapałem przez most. Przede mną dziewczyna bieganie właśnie usprawniała, wbiegła na zwodzoną część mostu, ja za nią (tyle, że spokojnie sobie wszedłem). Będąc w jego połowie szlaban się za i przed nami położył, a sygnalizacja świetlna i dźwiękowa zaczęła być aktywną. Być nie może - se myślę. Gościówę wryło w ziemię, patrzy przed siebie, za siebie, tak samo robię i ja. Jesteśmy mniej więcej w połowie mostu. Sprint nazad!
Most podnosić się zaczął kilka minut po powrocie w bezpieczne miejsce...

Stojąc i czekając na przepłynięcie statku, słyszę - Eeee! Eeee! Oglądam się. Koleś z samochodu kiwa na mnie ręką. Co tak kuśtykasz? Zmęczony? Chodź, podwiozę cię... - mówi. Wskoczyłem do samochodu. Gadka szmatka. Pytanie skąd jesteś, to standard przy takich spotkaniach. Odpowiadam zatem:
- Z Polski
- Ku*wy mac, ja zona 30 lat z polsksa! 
- Ładna?
- itd.

Zadzwonił niezwłocznie do niej i przyszło się przywitać z Polką telefonicznie. Później usłyszałem słowa jak szlafen cośtam. Pytała pewnie, czy aby przypadkiem na nocleg mnie nie zaprosił, ale zaraz po tym zaprzeczać zaczął. Zawiózł mnie do centrum, wręczył paczkę papierosów, sok, i reklamóweczkje z jedzeniem.

Było już po zmierzchu, rozpocząłem nocne zwiedzanie.



Dordrecht

Czwartek 31 lipca


Noc spędziłem na szwędaczce, a od 3:30 byłem na dworcu. Gdy chłód zaczął dawać znać o sobie, schroniłem się w stacji metra. Cicho, ciemno, pusto, a ściany poszczane tu i ówdzie. Później próbowałem się zdrzemnąć w budynku stacji kolejowej, gdy pojawiło się dwóch czarnoskórych jegomościów. Ich stan wskazywał na wcześniejsze spożycie alkoholu, lub/i innych środków psychoaktywnych.

Zaczęło się od pytania o numer na taksówkę. W odpowiedzi wskazałem im palcem postój taksówek 30m od stacji... ale nie o takie taksówki im chodziło (sic!). Później czy mam 50centów, czy może telefon mógłbym im pożyczyć itp. Siedziałem, a oni przechadzali się po stacji (niedużej). Jeden zerkał na kamery zamontowane w jej dwóch punktach i skierowanych na wejścia. Gdy wstałem i szykowałem się do zmiany lokalizacji, podeszli dość niepewnie we dwóch. Instynktownie cofnąłem się, za sobą miałem ścianę, a po prawej automat z napojami, a kamery tej niewielkiej przestrzeni akurat nie rejestrowały. Kolesie wydawali się nie wiedzieć co dalej zrobić, a nie chcąc dawać im za dużo czasu do namysłu, przedarłem się pomiędzy nimi i opuściłem stację... .

Parafrazując Adasia Miałczyńskiego - Dupa z drzemaniem, ch*j z przeczekaniem... .

Spacerowanie do rana. Uzupełnienie zapasu wody, doładowanie netbooka w McD.
Nie chcąc spędzać kolejnej nocy na ulicy, pomyślałem o pozyskaniu informacji o ewentualnych ośrodkach pomocy. Kościół wydał mi się dobrym miejscem do startu.

Święte obrazki...

Zachodzę do.kościoła, a tam ściana z tworzywa sztucznego - na wzór Chińskich dosłownie, powstrzymujących duchy. Na niej jakieś malowidła dzieci. Uderzam w prawo, bo tam mi bliżej niż na lewo. Dwie kobiety za stolikiem zastawionym świętymi obrazkami itp. Ksiądz na wakacjach – odpowiadają na moje pytanie. Później dostaję namiary na Armię Zbawienia w Dordrecht; gdzie się udaję.

Armia Zbawienia

Zbawia tylko posiadaczy obywatelstwa Holenderskiego. Ci, których widziałem w większości byli już zbawieni - od samego rana. Widok przygnębiający, ale kawy można się było napić i wziąć prysznic. Skorzystałem też z internetu i namierzyłem Sisters of Charity - przybytek prowadzony przez siostry zakonne; w Edynburgu wydawały posiłki dla bezdomnych, odzież i w razie silnej potrzeby można było pomieszkać jakiś czas. Ośrodek mieścił się w Rotterdamie - toteż powrót się szykował. Nie było opcji cobym wracał na piechotę.

Powrót do świątyni.

Pogrzeb. Ale raptem jest ksiądz! Holenderka informując mnie, co się za moment ma wydarzyć, mało nie weszła mi na twarz... z silnym mega-uśmiechem i przemiłym tonem maskującym jakąś wściekliznę wewnętrzną dawała mi do zrozumienia, że nie trza tu być. Odszedłem, nie czekając na koniec obrządku.

Na gapę.

Do Rotterdamu dostałem się pociągiem. Znaleziony, zużyty bilet Rotterdam - Dordrecht wsunąłem pod netbooka, coby tylko jego część wystawała. Pociąg ruszył. Bilety zostały sprawdzone, tj. pan kolejarz przeszedł przez przedział uśmiechając się i witając hujemorhenem ze wszystkimi. Nawet się nie spociłem.
Po 15 minutach byłem w Rotterdamie.

Organizacje religijne

Protestancki Pauluskerk
Uderzyłem w Sisters of Charity, okazało się, że dzisiaj i przez kilka dni nie działają, bo się modlą, ale pokierowały mnie do konkurencji - kościoła protestanckiego. U konkurencji, jak w biurze. Świątynia pozbawiona elementów wskazujących na jakikolwiek związek z religią. Nowoczesna sala, stoliki, schody na górę. Panie wolontariuszki służące pomocą przy załatwianiu różnych spraw administracyjno-prawnych. Sala na górze, kawa, herbata, pożywienie. Kilkanaście osób. Zamieniłem dwa słowa z wolontariuszką - jedyna opcja noclegu (dla obcokrajowca bez wypracowanych godzin) to jednak namiot.

Szwęd na zachód - Schiedam

Ruszyłem na zachód. Po kilku godzinach byłem w Schiedam. Zwiedziłem klimatyczne Stare Miasto, wąskie uliczki, wiatraki, kanały, mosty. Posiedziałem w parku, na tablicy informacyjnej była mapa a na niej spore plamy zieleni - potencjalne miejsca na nocleg. Będąc w drodze do jednego z nich, zadzwonił kumpel-supporter Lupus... w efekcie istniała szansa zjeść coś konkretniejszego. Truchtem w kierunku Lidla - jako, że ten miał być jeszcze otwarty. Nie był, ale Turek obok miał sklep - asortyment niestety niezbyt jadalny. Wziąłem tylko kilka pit.
Zaczepił mnie czarnoskóry chłopiec - zaczepił się właściwie za pasek plecaka; a matka, za niego przeprosiła i zapytała czego szukam. Akuratnie przykucałem na skrzyżowaniu z netbookiem na kolanie. Sklepu, gdzie jadalną żywność można demknąć - mówię; - To cho... - odpowiada. Dotarliśmy, ale sklep akurat zamknęli. Pokierowała mnie na jeszcze jeden, potencjalnie otwarty. Ruszyłem, po drodze spotkałem dwie polki, od nich info o polskim sklepie... też zamknięty; ale w końcu znalazłem nocny z żywnością - też. Posiłek, po zmroku, na murku, w centrum miasta i powrót do parku przy osiedlu mieszkaniowym, gdzie postanowiłem się rozbić.

Piątek 01 sierpnia

Pies mordę lizał...

... i wybudził mnie ze snu w ten sposób. W zasadzie bardziej mnie obwąchiwał. Zebrawszy się ruszyłem bez celu na zachód. Wkrótce znalazłem się poza miastem - pola, łąki, gospodarstwa. Wszedłem ścieżką w las, za lasem, kanały, jezioro, jakiś ośrodek wypoczynkowy, pole golfowe, na którym można za darmo pograć. Przekąska, dalsza droga. Woda się skończyła. Puk, puk... do drzwi jednego gospodarstwa. Nikogo. Do drugiego - nikogo... i tak do pięciu. Farmerów gdzieś wywiało. Trudno.
Dotarłem do Vlaardingen, gdzie odbywał się akurat jakiś rzeczny festyn. Kanałem przepływały łajby zapełnione paniami w tradycyjnych strojach, tłoczno, głośno.
Znalazłem miejsce na nocleg i przenocowałem.

Sobota 02 sierpnia


Ogoliłem się przy pomocy wody utlenionej i netbooka, służącego za lustro. Później wróciłem na przystanek autobusowy, skąd chciałem wrócić do Rotterdamu za free oczywiście. Do przyjazdu autobusu miałem pół godziny. Ruszyłem więc na pobliską stację benzynową - coby spróbować szczęścia z autostopem. Cztery niefarty, a za piątym trafiłem na Polaka. Do Rotterdamu nie jechał, ale po krótkiej pogawędce i opisaniu w skrócie sytuacji, podał mi swój adres. - W razie czego wpadnij, jakieś żarcie się znajdzie. Zostawił mi 5 euro na bilet do Rotterdamu.

Indyjski Kierowca.

Wróciłem na przystanek. Podjechał autobus, wchodzę pytam o cenę biletu. - Wsiadaj, przejażdżka za darmo przyjacielu, to ty tam przy stacji stopa łapałeś, tak? I ruszyliśmy. Koleś był z Indii. Rozgadał się silnie, przestał prawie patrzeć na drogę, skosił kilka zakrętów. Że podróżował po całych Indiach jak był młody, że życie jest fajne, że ma dzieci i piękną żonę, że nienawidzi być kierowcą autobusu, że jednak mają niezłe stawki... - nawijał jak nakręcony. Widziałem, że ostatkiem sił powstrzymuje się od puszczenia kierownicy i rozpoczęcia energicznego gestykulowania. Wszystko fajnie, tylko że autobus pełen ludzi a ten nawija i nawija, przejeżdża na czerwonych światłach, bo nie zdążył wyhamować... bo nie patrzył przed siebie; a ja jestem tym, z którym rozmawia... Jakimś cudem bezpiecznie dotarłem do Schindamu. Stamtąd pieszo do Rotterdamu i noc na dworcu Rotterdam Central.

Dworzec - Rotterdam Central

Niedziela 03 sierpnia

Ruszyłem pod kościół protestancki, na śniadanie. W niedziele nieczynne... . Ruszyłem na chybił trafił przed siebie. Trafiłem na polski kościół, gdzie akurat msza trwała. Później udałem się do Sisters of Charity, tam zjadłem posiłek i poprosiłem o buty. Siostra przyniosła dwie pary - jedne poczciwe ale za małe a drugie w rozmiarze, lecz z zaprzeszłej epoki - błyszczące, czarne pantofle na potężnym obcasie. Wziąłem dwie pary, wyrwałem z nich wkładki i scaliłem je z moimi trampeksami.

Musiałem trochę odpocząć w cywilizowanych warunkach. Powrót do hostelu Mafkees - podładuję sprzęt, umyję się, może zdrzemnę na kanapie. Dotarłem, podładowałem sprzęt, umyłem się, przeprałem ciuchy. Przeczekanie nocy za free nie było możliwe. Nieco zrezygnowany zamierzałem posiedzieć do północy i ruszyć dalej, gdy pojawił się Claudio. Portugalczyk, któremu pomogłem swego czasu z organizowaniem wyjazdu do Polski - skąd właśnie wrócił. Przenocowałem w Mafkees.