piątek, 25 lipca 2014

Miejski Camping part 2/3

Start

Spaliśmy w moim "pół-namiocie", jako że nie zapowiadało się na deszcz - no i nie spadł.
Obudziłem się przed 6:00. Towarzysz okazał się chrapaczem silnym.  Rozpaliłem ognisko, podgrzałem mięsiwo. Posiłek, papieros, pakowanie i dalej w drogę... taki był plan. Drzemka po posiłku nieco się przedłużyła i wystartowaliśmy dopiero o 11:00.

Przemierzaliśmy spore odległości między postojami i w końcu dotarliśmy do mostu będącego w połowie zaplanowanej trasy.

Most na Oude Mas (Stara Moza)

Przeprawa

Będąc po drugiej stronie natrafiliśmy na mostek prowadzący dalej, ku zaplanowanemu celowi. Niestety był otoczony siatką, a brama solidnym łańcuchem. Nieopodal natomiast znajdowała się posesja, a brama była uchylona, toteż szybki rekonesans przeprowadziłem. Chciałem się upewnić, czy moje przypuszczenia odnośnie możliwości przedostania się na drugą stronę są słuszne. No i były. Przedostanie się wymagało podejścia do brzegu rzeki, chwycenia się siatki i powolnemu przeczłapaniu tyłem do niej kilkunastu metrów. Później wspięcia się na tamę, przejścia na drugą stronę i wrócenia na grunt w podobny sposób jak na początku.
Towarzysz Jason stawiał opór, a ja go namawiałem. W końcu się zgodził. Ruszyłem pierwszy, lecz będąc w połowie, Jason zauważył zbliżającego się jegomościa. Podszedł do niego i zaczęli rozmawiać... westchnąwszy głęboko, dołączyłem do nich. Był to oczywiście właściciel posesji.... wskazał nam inną drogę.

Ruszyliśmy nią. Jason był bardzo zadowolony. Droga przez opuszczone pole budowy, do ulicy, sweet fotka przy wiatraku... .



Dodatkowe kilometry.

Mieliśmy za sobą ponad 10km. Krajobraz zmienił się z modern-miejskiego, na modern-wiejski. Konie, krowy, owce, buraki, szczaw (tego trochę sobie wzięliśmy). Wzgórza, łąki i pola pocięte kanałami. Jakieś tajne centrum badawcze nad UFO, albo coś w tym rodzaju. To był punkt orientacyjny w dalszej podróży. Niestety z deka nie w tym kierunki ruszyliśmy. Jason nie chciał "skakać przez siatki", a mi nie chciało się go znowu przekonywać. Ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, zamierzając wsiąść w łódkę-taksówkę  i dostać się na drugi brzeg, gdzie miejsc na kemping nie brakowało. Mieliśmi ok 17km za sobą, dziura w trampkach zaczęła powstawać a plecak wrzynał się w barki. Mialiśmy już dosyć człapania, ale doszwędaliśmy się w okolice mini-portu... z którego o tej porze nic już nie kursowało.
Poleciały Ku*wy i Fuck'i. Padliśmy na ziemię... i wstaliśmy po 30 min. Droga nazad - ok.4km. Ostatkiem sił doczłapaliśmy do miejsca docelowego.


W milczeniu rozbiliśmy namiot. Wystartowaliśmy z ogniskiem i pieczeniem jadła. Papieros i sen... a w nocy spadł deszcz.