niedziela, 27 lipca 2014

Miejski Camping part 3/3

Osiedlowa plaża

Ogniska z rana nie rozpalaliśmy - mokrość dookoła. Pakowanie manatków, posiłek i powrót w miejsce, gdzie zamierzaliśmy zregenerować siły. Kilka kilometrów kuśtykania i przeklinania słonecznej pogody i byliśmy na miejscu. Mini - plaża przy osiedlu mieszkaniowym.
Tam, bez namysłu rozbiliśmy mój pół-namiot. Przyatakowaliśmy market, zaopatrując się w kurczaka i folię aluminiową, z myślą o obiedzie. Ja nawiedziłem azjatycką restaurację, gdzie podładować netbooka azjata się zgodził, a chcąc wziąć przekąskę na wynos, uświadomiłem sobie, że zostawiłem kartę do bankomatu w hostelu (ok. 25km).


W międzyczasie otrzymałem telefon od pracodawcy z informacją, że w poniedziałek o 7:30 startuję (w miejscu niedaleko obecnego pobytu). Szlag jasny trafił, ale nie było wyjścia - nocleg i powrót do hostelu.

Pokąpaliśmy się, towarzysz Jason spiekł się wściekle na słońcu, dostał telepawek i zapadł w śpiączkę.

Gdy ludzi na plaży ubyło, przygotowałem palenisko. Kurczaka w folię władowałem, a później w rozgrzany popiół, przykrywając wszystko warstwą kory. Dymiło się równo. Usłyszałem kilka uwag od właścicieli psów i niedługo po tym było po ognisku - jako że kurczak był gotowy.

Spalony (słońcem) towarzysz oprzytomniał i po posiłku, padł z powrotem, ale już w swoim namiocie. Ja trochę później.


Nieprzyjaciele

W nocy grupa przedstawicieli lokalnej młodzieży przez dobry kwadrans nie dawała nam spać. Zachowywała się bardzo głośno. Krzyczeli coś do nas. W swoim ojczystym języku... że do nas, zorientowałem się najpierw słysząc powtarzające się tent... cośtam , a później po jakichś przedmiotach trafiających w namiot.
Na tym się jednak skończyło.


Niedzielne 25km

Pobudka, dojedzenie resztek pożywienia, dopicie wody do ostatniej kropli, pakowanie i wymarsz. W milczeniu. Morale opadły, a myśl o pokonaniu dwudniowego dystansu w rozpadających się budach, bólem stóp i barków w jeden dzień rozbrajała dokładnie.

Szukaliśmy McDonald's-a ale okazało się, że Mc daleko, daleko... więc nawiedziłem kawiarnię (akurat otwierali). Zanim skończyłem pytać o możliwość podładowania netbooka i skorzystania z wifi, szefu udzielił mi pozytywnej odpowiedzi. Dopiero gdy siadłem przy stoliku, dołączył towarzysz Jason. Za ostatnie pieniądze kupiliśmy po kawie. Później dalsza droga.

Ok 18:00 byliśmy na moście. Zgrzyt zębów - dziury w trampkach takie, że pięść by przeszła. Pęcherze wielkości piłki ping-pongowej, barki od pasków poprzecierane że aż strach. Z zaciśniętymi zębami w nerwowej atmosferze dotarliśmy do hostelu.

Opisałem sytuację recepcjonistce (jakaś nowa), powiedziałem, że karta jest w hostelu, w biurze szefa; że chcemy przenocować i zapłacić jutro, po odzyskaniu karty. Dziewczyna podzwoniła, ale nikt jej tej informacji nie potwierdził. Szef nie odbierał, więc nagrała się na automat. Pozostawało czekać.
Dopiero po zaproponowaniu kontaktu z żonglującą recepcjonistką, otrzymaliśmy zgodę (jako, że z tamtą mieliśmy okazję się lepiej zapoznać).

Jest 2:00, za 4 godziny wybywam do pracy.

piątek, 25 lipca 2014

Miejski Camping part 2/3

Start

Spaliśmy w moim "pół-namiocie", jako że nie zapowiadało się na deszcz - no i nie spadł.
Obudziłem się przed 6:00. Towarzysz okazał się chrapaczem silnym.  Rozpaliłem ognisko, podgrzałem mięsiwo. Posiłek, papieros, pakowanie i dalej w drogę... taki był plan. Drzemka po posiłku nieco się przedłużyła i wystartowaliśmy dopiero o 11:00.

Przemierzaliśmy spore odległości między postojami i w końcu dotarliśmy do mostu będącego w połowie zaplanowanej trasy.

Most na Oude Mas (Stara Moza)

Przeprawa

Będąc po drugiej stronie natrafiliśmy na mostek prowadzący dalej, ku zaplanowanemu celowi. Niestety był otoczony siatką, a brama solidnym łańcuchem. Nieopodal natomiast znajdowała się posesja, a brama była uchylona, toteż szybki rekonesans przeprowadziłem. Chciałem się upewnić, czy moje przypuszczenia odnośnie możliwości przedostania się na drugą stronę są słuszne. No i były. Przedostanie się wymagało podejścia do brzegu rzeki, chwycenia się siatki i powolnemu przeczłapaniu tyłem do niej kilkunastu metrów. Później wspięcia się na tamę, przejścia na drugą stronę i wrócenia na grunt w podobny sposób jak na początku.
Towarzysz Jason stawiał opór, a ja go namawiałem. W końcu się zgodził. Ruszyłem pierwszy, lecz będąc w połowie, Jason zauważył zbliżającego się jegomościa. Podszedł do niego i zaczęli rozmawiać... westchnąwszy głęboko, dołączyłem do nich. Był to oczywiście właściciel posesji.... wskazał nam inną drogę.

Ruszyliśmy nią. Jason był bardzo zadowolony. Droga przez opuszczone pole budowy, do ulicy, sweet fotka przy wiatraku... .



Dodatkowe kilometry.

Mieliśmy za sobą ponad 10km. Krajobraz zmienił się z modern-miejskiego, na modern-wiejski. Konie, krowy, owce, buraki, szczaw (tego trochę sobie wzięliśmy). Wzgórza, łąki i pola pocięte kanałami. Jakieś tajne centrum badawcze nad UFO, albo coś w tym rodzaju. To był punkt orientacyjny w dalszej podróży. Niestety z deka nie w tym kierunki ruszyliśmy. Jason nie chciał "skakać przez siatki", a mi nie chciało się go znowu przekonywać. Ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, zamierzając wsiąść w łódkę-taksówkę  i dostać się na drugi brzeg, gdzie miejsc na kemping nie brakowało. Mieliśmi ok 17km za sobą, dziura w trampkach zaczęła powstawać a plecak wrzynał się w barki. Mialiśmy już dosyć człapania, ale doszwędaliśmy się w okolice mini-portu... z którego o tej porze nic już nie kursowało.
Poleciały Ku*wy i Fuck'i. Padliśmy na ziemię... i wstaliśmy po 30 min. Droga nazad - ok.4km. Ostatkiem sił doczłapaliśmy do miejsca docelowego.


W milczeniu rozbiliśmy namiot. Wystartowaliśmy z ogniskiem i pieczeniem jadła. Papieros i sen... a w nocy spadł deszcz.

czwartek, 24 lipca 2014

Miejski Camping part 1/3

Miejski Camping

Hostel opuściłem wraz z Jasonem. Ruszyliśmy w kierunku stacji kolejowej Rotterdam Centrum. Przeszliśmy przez zatłoczoną stację i znaleźliśmy się na deptaku, na którym było jeszcze więcej człowieka. Kilkanaście minut później byliśmy w centrum handlowym, gdzie zaopatrzyliśmy się w namiot i żywność. Przysiedliśmy przy fontannie na posiłek. Wyciągnięcia noża wywołało u towarzysza Jasona niemały niepokój.

Później zrobiliśmy jeszcze przystanek, na przegapienie którego towarzysz Jason, nigdy by sobie nie pozwolił - coffeshop. I marsz - dość monotonny. Chodnikami, ścieżkami rowerowymi, poboczami szos, przez osiedla, krzyżówki, stacje benzynowe itp. Poza nowoczesnymi, zgrabnymi wieżowcami, wrażenie robi most Erasmus.


Most Erasmus na rzece Nieuwe Mass

Zuiderpark był kolejnym przystankiem, a miejsce na nocleg jeszcze na jego terenie. Mieliśmy za sobą tylko 8 km, ale pora była już silnie popołudniowa.





Rotterdam cz.3

W skrócie


Ostatnich kilka dni spędziłem na lekturze dwóch książek: Raymond Mears Podręcznik Sztuki Przetrwania i Podręcznik Surviwalu Petera Darmana (polecam obydwie), załatwianiu formalności związanych z pracą, poszukiwaniu najtańszych sklepów ze sprzętem podróżniczym, oraz planowaniu dalszej trasy.

Książki pozwoliły na teoretyczne ogarnięcie tematu - najistotniejsze i najciekawsze rzeczy wynotowałem. Określanie kierunki i godziny za pomocą słońca, kija, kamieni i zegarka (ten akurat do określania kierunku, nie czasu), budowanie szałasów (dzisiaj stawiamy jeden w Rotterdamie, nad rzeką ale wciąż w mieście; kamuflaż antypolicyjny konieczny) i inne takie.

Załatwianie formalności przyniosło zatrudnienie w Cynkowni, gdzie zamierzam przepracować kilkanaście tygodni - wynagrodzenie za pracę zamienić na odpowiedni ekwipunek i pewne zobowiązania. Start jutro o 14:00 albo w poniedziałek o 7:00.

Sklepy ze sprzętem zostały namierzone - lista zakupów gotowa: od koszulek, przez namiot, spodnie, bluzy, kurtki, mapy, kompasy, kamizelki, buty, czapki itd.

De Mafkees.

Polecam silnie zatrzymanie się w DeMafkees. Najtańszy hostel w Europie. Doba (śniadanie included) kosztuje 12,50 euro (dla porównania każdy inny nie zrzeszony w międzynarodowej młodzieżowej organizacji bla bla... kosztuje od 20 - 25 euro w górę). Bilard, dart, ping-pong, sofki, ściany obwieszone twórczością gości, piwo na miejscu (ceny horendalne), mikrofala i inne; silna otwarta atmosfera. Wieczorami siadaliśmy przed hostelem - większość mieszkańców - rozmawiając, dzieląc się doświadczeniami, poznając bliżej. Portugalia, Nowa Zelandia, Turcja, Hiszpania (miliardy ich tu), Włochy, USA... wszyscy w jendym miejscu. Na dzień, trzy, tydzień.

Towarzysz podróży.

Jason, koleś zakwaterował się w Mafkeesie dzień przede mną. Irlandczyk, choć matka z Bułagarii. Cały czas na trakcie. Ufo, teorie spiskowe, granie w poola, and take it easy... . We łbie konkretna wyprawa survivalowa, łapanie królików i ryb. Był rzeźnikiem kilka karków skręcił późniejszym obiadom.

Postanowił mi towarzyszyć.

Jason - towarzysz podróży
Niebawem nieco więcej szczegółów, bo czas nie pozwala siedzieć dłużej i pisać.
Przed nami ok 20km marszu do miejsca, gdzie rozkładamy namiot, który musimy jeszcze kupić.
Dwa słowa od Jasona:

this is going to be a crazy adventure.so looking forward to it.first stop action second coffee shop third beer and food then the rrroooaaddddd aaahhhhhhh. sorry i a bit excited and hyper for this /;p one love 

Wio.

niedziela, 20 lipca 2014

Rotterdam cz.2 - Summer Carnival

Summer Carnival - tak się nazywa cykliczne wydarzenie, będące częścią większego Rotterdamskiego festiwalu (Rotterdam Unlimited). Sobotnim popołudniem, wraz ze znajomym wyruszyliśmy z hostelu do centrum miasta. Hałas dało się słyszeć nawet przed wejściem do schroniska, a z każdą minutą drogi robiło się głośniej.
Dotarliśmy na paradę po ok 10 minutach drogi. Bębny, śpiewy, krzyki. Co kilka kroków człowiek dostaje falą powietrza wypełnioną wonią narkotyków. Przyczepa z grupą śpiewaków i bębniarzy, a za nią marsz poprzebieranych uczestników - od dzieci po staruszki. Support imprezy, przemieszczał się między nimi podając co chwila szampana i inne trunki. I tak przez 4 godziny - zmianie ulegały jedynie stroje.
W galerii kilka zdjęć.



czwartek, 17 lipca 2014

Rotterdam

Drewna wystarczyło do samego rana.

Dzisiaj uwinąłem się szybko. Pobudka, prysznic w "centrum" plaży i droga do hotelu NLJob. Na miejscu nie zastałem nikogo, toteż samowolnie do kantyny się przemieściłem. Doładowałem netbooka, sprawłdziłem stan konta. Pozostałości z wczoraj otrzymanej paczki żywieniowej pochłonąłem. Kierunek autostrada A20. Kawałek. Tam stopa złapałem w niecałe 15 minut. W Rotterdamie byłem po kolejnych 20. Adres schroniska dla podróżnych ogarnąłem jeszcze w hotelu. Ulicę namierzyłem na mapie na tablicy informacyjnej. 15 minut drogi od miejsca gdzie Andre (kierowca) mnie wyrzucił.
Dymem cuchnąłem jak Smoke z Mortal Kombat.
Hostel młodzieżowo/podróżniczy. Przywitała mnie pocieszna recepcjonistka w okularach, formalności bla bla, bla. Koleś siedzący obok (się okazało, że tutejszy mechanik) po zobaczeniu mojego dowodu osobistego i usłyszeniu zamiarów podróżniczych, dał mi od ręki namiary do pracy. Jutro pralnia - zdałoby się cały plecak po prostu wrzucić.
Plecak powędrował do składu bagaży, kluczyk do szafki dostałem, łóżko mi wskazano. Sala wspólna... 48 osób w pokoju.


Później pojawiła się grupa młodych polaków, 3ech chłopa i dziewczyna. Bartosz (mistrz polski w pływaniu...), Paweł, Anka i "Ski Ter". Są w Holandii od jakiegoś czasu. Problem ze spaniem i pracą. Wczoraj nocleg ławkowy, przerwany przez policję. Oddałem im swój pół-namiot - mi się nie przyda przez najbliższe 7 dni, a później porządną jedynkę trza będzie demknąć.

Recepcjonistka dalej żongluje. Koleś brzdęka na gitarze, inni grają w szachy, piłkarzyki i ping-ponga. Hiszpanie przeważają, szkot rowerzysta mierzący w Turcję drzemie obok okularnicy pogrążonej w książce. Młodzieżowo, turystycznie.

Jutro lub pojutrze zaczynam pracę, coby doładować konto.

środa, 16 lipca 2014

plaża w Hoek van Holland cz.2

O świcie wybrałem się po więcej drewna. Niedaleko zauważyłem "Beach House". Wyglądał na opuszczony, ale nie był, bo w składzie przy nim znalazłem drewno na opał. Silnie mnie to ucieszyło. Problem z telepawkami stał się przeszłością.

Naniosłem go trochę do "obozu". Sąsiedzi się przebudzili i zajęli poranną toaletą i przygotowaniem do wymarszu. Zamieniliśmy dwa zdania i okazało się, że są w trakcie podróży na stopa, a ich kolejnym celem jest Rotterdam. Oddałem im swoją kartonową autostopiczową tabliczkę z nazwą mojego i ich kolejnego celu.

Później poranny prysznic w lodowatej wodzie w plażowym "centrum". Akurat dzisiaj, mimo wczesnej pory (przed 6:00) w centrum już jacyś rowerzyści, ludzie z psami... . Trudno – co robić? Jeden z rowerzystów w podeszłym wieku, ostrzegł mnie jedynie, że woda jest bardzo zimna...

Wymyty wróciłem w obóz. Ogarnięcie, przepakowanie, seria ćwiczeń i odespanie nocy. Później hamburger, za ostatnie 3,50 i uzupełnienie wody. Kąpiel w morzu, spacer po okolicy. Po 15:00 spakowawszy się ruszyłem w stronę miasta z nadzieją odnalezienia hotelu, gdzie miałem spotkać się z Martą i podjeść konkretniej. 15:30 byłem w centrum, wypytywałem o hotel NLJob, ale nikt nie był w stanie określić jego położenia. Widziałem kilka samochodów NLJob, ale nie zdołałem żadnego zatrzymać.


W biurze informacji, powiedziano mi, że to zupełnie w innym mieście. Dobrze, że jakiś koleś spoza biura wiedział, podprowadził mnie kawałek, wskazał palcem i oto faktycznie jest. Bardziej motel, niż hotel ale jest. 
Marty jeszcze nie było, ale po rozmowie z recepcjonistą mogłem się zadomowić w kantynie. Podłączyłem netbooka i telefon, od mieszkańca hotelu uzyskałem hasło do sieci. Przepisałem notatki i założyłem bloga. Zjawiła się Marta (Pozdrowienia!), obskoczyliśmy markety. Później danie od "Turka" i nad przystań. Tam posililiśmy się i pogadaliśmy.

Ratowniczka żynościowa i medyczna przy okazji.
Pozdrawiać!

Wróciliśmy do hotelu. Ja do komputera, Marta przygotowania do wyjazdu na urlop. Pogadaliśmy jeszcze przy papierosie, koleżanka przygotowała mi wyprawkę, pożegnanie i powrót do "obozu". Ognisko płonie w najlepsze, księzyc wysoko na niebie, port rozświetlony jak choinka, morze szumi, a ja spisuje wydarzenia dzisiejszego dnia. Jutro Rotterdam.

wtorek, 15 lipca 2014

plaża Hoek van Holland cz.1

Noc była zimniejsza od poprzedniej: 3 koszulki, sweter, dwie bluzy – na torsie, krótkie spodenki, jeansy i bojówki – na dole. Efekt końcowy – zerowy; stelepało od zimna jak trzeba... w dodatku spadł deszcz. Mój super pół-namiot, oczywiście na takie okoliczności przygotowany nie jest, co na niego spadło to przepuścił.
Pochmurny poranek, mżonka, chłód, żywego ducha na plaży i szum fal... - przygnębiający widok.



Port w Hoek van Holland.
(For. z internetu, jako, że aparatu na razie brak)
Wyruszyłem, nie czekając aż przemoknę do suchej nitki. Za cel obrałem obóz kempingowy, oddalony o godzinę (z kawałkiem) drogi. Na miejscu, okazało się, że nie ma bata, coby przenocować, lub nawet przeczekać deszcz - bo nie było wolnych miejsc. Darmowy nocleg w namiocie też odpadł. Wróciłem do Hoek van Holland. 

Żywność się skończyła. Obrania i pół-namiot mokre, ale słońce zaczęło się niepewnie wyłaniać spoza chmur. Suszenie.


Później zorganizowałem sobie kawałek tektury, kilka ilustracji przedstawiających obecną sytuację. Z domieszką fantazji - ilustracji przedstawiającej potwora, który pożera mi namiot. Tak się złożyło, że na ławkach obok, zbierały się dzieciaki z jakiejś szkolnej wyprawy... po chwili rysowałem im potwory na rękach. Ciężko się było od nich odpędzić - a w zasadzie to nie dało się tego zrobić. Kilkakrotnie strąciły mi okulary, a w miarę bazgrania im po rękach, rąk przybywało. Wezwałem zatem opiekunkę grupy okrzkiem: I need some help over here!! I skończył się dzień dziecka.


Siądnięcie z porysowaną tekturą było mi trochę w niesmak. Postanowiłem więc spróbować pozyskać jakieś pożywienie zwyczajnie o nie pytając w plażowych restauracjach. Słabo wyszło - posiłku nie dostałem, ale zapasy wody i herbatników tak.

Wróciłem do pół-namiotu... ale go nie było. Przynajmniej nie tam, gdzie być powinien. Jakaś grupa - znowu szkolna - przywłaszczyła go sobie i przeniosła kilkadziesiąt metrów dalej, czyniąc z mojego schronienia, magazyn na swoje plecaki. Został odzyskany i wrócił na miejsce.


A w brzuchu burczało.

Jeszcze raz udałem się z "obozu" w centrum plaży. Siedząc i paląc papierosa, nasłuchiwałem czy aby gdzieś polszczyzny nie słychać. W końcu usłyszałem rozmowę dwóch Polek, ale gdy już miałem wstać i zapytać o sponsoring zaczęły mówić o swoich problemach finansowych. Jedna na busa ma prawie, a druga nawet tego nie. God damn it!


Chwilę później zobaczyłem radosną, sympatyczną dziewczynę w towarzystwie towarzysza. Usiedli zaraz za mną. "Albo coś dzisiaj zjesz, ale nie zjesz...". Odwróciłem się i zapytałem o hamburgera. I zjadłem... . Pogadaliśmy chwilę, dobroczyńca zostawił mi jeszcze kilka drobnych, a dziewczyna (MARTA) zaprosiła na obiad (jutro).


Z zapasem wody i żołądkiem "wypełnionym" hamburgerem, wróciłem do swojego pół-namiotu... a tu sąsiedzi się rozbijają 5 metrów obok. Chłopak i dwie dziewczyny. Natężałem słuch coby narodowość poznać, ale bez skutku. Skręciłem sobie papierosa i usiadłem na wydmie, skąd podziwiałem zachód słońca i jedną z dziewczyn. W końcu jedna podeszła niepewnie. Powitałem ją Hello-łem. Mówiła po czesku i rosyjsku. Zapoznałem się z nimi (Igor, Maria i nie pamiętam). Dowiedziałem, się że zamierzają spędzić tutaj noc, a ja zaprosiłem ich do ogniska, które dopiero miałem rozpalić.


Zapadał zmierzch. Czas na zebranie DUUUŻEJ ilości drewna - miałem dość telepania się z zimna. Poszedłem do pobliskiego lasu i ogarnąłem kilka solidnych gałęzi. Ognisko rozpaliłem o 00:00, sąsiedzi już spali. I znowu zabrakło drewna - tym razem ok 4 nad ranem. Do rana rozpalałem resztki, przysypiając po 20-30 min - do chwili telepawek. l

Nad ranem, 16 lipca...


poniedziałek, 14 lipca 2014

Początek

Przewędrowałem kilka kilometrów aby spędzić pierwszą noc na plaży. Dokładniej, na plażowej ławce. Piękna gwieździsta noc, księżyc w pełni, szum morza i rozświetlony (w oddali) port w Hoek van Holland. Niewygodą stał się chłód, a ubranie się we wszystko co miałem, nie do końca pomogło.



O 8:30 opuściłem plażę. Ruszyłem na zachód. Śniadanie zjadłem jeszcze w Monster-owej ciastkarnio-piekarni. Fartownie wykryta została niezabezpieczona sieć o silnym sygnale, toteż skorzystałem. Google maps... .



Przechodząc przez centrum tej niewielkiej miejscowości, zaszedłem do sklepu z nadzieją zakupu namiotu. Ekspedientką okazała się sędziwa staruszka, która albo nie mówiła po angielsku, albo wcale, albo miała problemy ze słuchem, bo po moim zapytaniu, chwyciła mnie za rękę i poprowadziła do biurka. Wyciągnęła kartkę papieru i długopis. Napisałem namiot po angielsku, a ona na to głową kręci, zabiera mi długopis i sama coś rysować zaczyna. No to narysowałem namiot, na co staruszka uśmiechnęła się i przekreśliła go wskazując rękoma na asortyment. Podziękowawszy, opuściłem sklep.


Młyn w Monster. Zaraz obok sprzedają surowe kiełbasy z psa chyba...
Zrobiło się gorąco, a że wciąż byłem w odzieży noclegowej (tj. 3 pary spodni + 3 bluzy) się rozebrałem. Ściąganie spodni wzbudziło chwilowe zainteresowanie przechodniów, które uszło, gdy zrezygnowałem ze ściągania ostatniej pary.

Wszedłem do kolejnego sklepu z różnymi duperelami i zapytałem o namiot. Były tylko plażowe pół-namioty, spełniające funkcję wiatrochronu w zasadzie... ale, że tanie, że ciepło i że nie ma innej opcji, zaopatrzyłem się weń.

Później droga do i przez Gravezande. Po drodze, żeby nieco zmniejszyć wagę plecaka, pozbyłem się zbędnych ubrań i innych rzeczy. Ok 15:00 dotarłem do De Hoek van Holland, miasteczko ze słynnym portem. Przeszedłem się po nim – robi wrażenie. Na jego końcu, był też koniec oznakowanych dróg i kilka ścieżek prowadzących w las – ale właśnie w kierunku, gdzie były plaże Morza Północnego. Po 16:00 byłem na miejscu.


Ucieszył mnie fakt, że w tej części nie ma żadnych zasiek, zagradzających wejście na wydmy (wczoraj, żeby załatwić potrzebę fizjologiczną musiałem się pod nimi czołgać...). Rozejrzałem się po okolicy i znalazłem miejsce do rozbicia mojego pół-namiotu. Później poszedłem po chrust i drewno na ognisko - po telepawkach z zimna wczorajszej nocy, dzisiaj bez ognia się nie obędzie.